Tylko trochę mi weny brak...
środa, 9 lipca 2014
sobota, 16 listopada 2013
Hańba, zdrada, Targowica!
Trzeci wrócił z Holandii i wpadł tradycyjnie na weekend zjazdowy na chatę przekimać u Szóstego. Było fajnie, popiliśmy, powygłupialiśmy się, powspominaliśmy stare czasy, ponarzekaliśmy na nowych współlokatorów, poopowiadaliśmy sobie co się u kogo działo przez te ponad cztery miesiące od kiedy się widzieliśmy. Było spoko. W pewnym momencie, prowadzony może alkoholem, może zmęczeniem całym tym teatrzykiem z udawaniem kogoś, kim nie jestem, postanowiłem się wyoutować wreszcie przed Szóstym. Więc go zabrałem do pokoju, posadziłem naprzeciw siebie i powiedziałem:
- Jestem gejem.
- Jestem gejem.
poniedziałek, 21 października 2013
Przetasowania
Na mieszkaniu nastąpiła zmiana warty. Pierwsza skończyła studia i
wyniosła się kto wie gdzie. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie obeszło,
bo z nią kontakt miałem najmniejszy z całej ekipy. Większy efekt na
mnie odniosły niezależne wyprowadzki za chlebem Trzeciego i Piątego -
jedynych de facto osób, przed którymi miałem odwagę wyjść z szafy. Druga
z Szóstym przestali się ruchać po kątach, tylko wprowadzili wspólnie do
jednego pokoju, a w mieszkaniu pojawili się Ósmy, Dziewiąta i
Dziesiąta. I o ile Dziewiąta zapowiada się póki co jako powtórka z
izolującej się Pierwszej, to z pozostałą dwójką nowych współlokatorów
już udało mi się wypić piwko, albo dwa. Albo siedemnaście. Ósmy to taki
typ kolesia, który wygląda i zachowuje się jak rozgotowane, ciepłe
kluchy z majonezem i dlatego zapewne czuję wwiercający mi się w mózg
dysonans poznawczy, gdy widzę jakie tłumy znajomych zwalają mu się na
pokój co drugi wieczór na imprezę, libację, lub przynajmniej posiadówę.
Dziesiąta to z kolei wiecznie uśmiechnięta, pulchna (bardziej mentalnie,
niż fizycznie) studentka pierwszego roku (losie, jaki ja jestem
stary!), niezwykle sympatyczna w swojej lekkiej nieporadności.
Ten cały wstęp nie świadczy o moim totalnym oderwaniu od rzeczywistości i nie, nie uważam, że zmiany personalne w mieszkaniu mojem są wyczekiwanym powszechnie z wielką niecierpliwością niusem, ale chciałem wprowadzić pewną drobną choć dozę kontekstu. (A poza tym uważam, że zmiany personalne w mieszkaniu mojem są ewidentnie wyczekiwanym powszechnie z wielką niecierpliwością niusem.)
Podczas jednej z takich nasiadówek, dowiedziawszy się, że znajoma Ósmego poszukuje współlokatorki do własnego mieszkania, rzuciłem niby od niechcenia, że znajoma mojego chłopaka poszukuje akurat pokoju. Kiedy już dotarł do nich sens tych słów, na twarzach większości obecnych pojawił się wyraz niepewności, połączonej z zakłopotaniem, ale już byliśmy zbyt zajęci omawianiem metrażu, czynszu i lokalizacji, by dać im chwilę na zadawanie dziwnych pytań w stylu "Ale że co?". No i... żyję jakoś. Nic się nie stało, nie ma niezręcznej atmosfery, a nawet nie trzeba było organizować wielkiej akcji coming outowej i robić z tego gigantycznej sprawy. Więc dlaczego tek ciężko i mozolnie idzie wyoutowanie się przed Szóstym na przykład? Pomyślałem sobie, że może to kwestia tego, że niemal nieznajomym łatwiej o tym powiedzieć, wspomnieć gdzieś w rozmowie jako po prostu część życia, a nie nic wielkiego. Ale tutaj pojawia się kolejny paradoks, bo nie zawsze tak przecież jest.
Ten cały wstęp nie świadczy o moim totalnym oderwaniu od rzeczywistości i nie, nie uważam, że zmiany personalne w mieszkaniu mojem są wyczekiwanym powszechnie z wielką niecierpliwością niusem, ale chciałem wprowadzić pewną drobną choć dozę kontekstu. (A poza tym uważam, że zmiany personalne w mieszkaniu mojem są ewidentnie wyczekiwanym powszechnie z wielką niecierpliwością niusem.)
Podczas jednej z takich nasiadówek, dowiedziawszy się, że znajoma Ósmego poszukuje współlokatorki do własnego mieszkania, rzuciłem niby od niechcenia, że znajoma mojego chłopaka poszukuje akurat pokoju. Kiedy już dotarł do nich sens tych słów, na twarzach większości obecnych pojawił się wyraz niepewności, połączonej z zakłopotaniem, ale już byliśmy zbyt zajęci omawianiem metrażu, czynszu i lokalizacji, by dać im chwilę na zadawanie dziwnych pytań w stylu "Ale że co?". No i... żyję jakoś. Nic się nie stało, nie ma niezręcznej atmosfery, a nawet nie trzeba było organizować wielkiej akcji coming outowej i robić z tego gigantycznej sprawy. Więc dlaczego tek ciężko i mozolnie idzie wyoutowanie się przed Szóstym na przykład? Pomyślałem sobie, że może to kwestia tego, że niemal nieznajomym łatwiej o tym powiedzieć, wspomnieć gdzieś w rozmowie jako po prostu część życia, a nie nic wielkiego. Ale tutaj pojawia się kolejny paradoks, bo nie zawsze tak przecież jest.
Od pewnego już czasu przymierzałem się do powiedzenia ekipie, z którą
od kilku lat systematycznie spotykam się w celach
nerdowsko-rozrywkowych i chociaż de facto to mój brat przypadkowo mnie
przed nimi wyoutował, to dużo łatwiej przyszło mi to, niż wyjście z
szafy wśród kolegów z nowej pracy, z którymi też zawiązałem fajne
relacje, a których znam ledwo parę miesięcy.
Z czego wynikają takie sprzeczne sytuacje? Szczerze? Nie mam pojęcia. Pewnie jaki psycholog, lub socjolog, który prowadził badania nad zjawiskiem coming-outu byłby to w stanie to jakoś wytłumaczyć, zwrócić uwagę na to od czego to zależy. Ja nie.
A może to po prostu kwestia znalezienia się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie z odpowiednimi ludźmi? Kto wie, mam nadzieję tylko, że na piknik pracowniczy już nie będę musiał wymyślać historii dlaczego nikogo nie przyprowadziłem jako osoby towarzyszącej.
Z czego wynikają takie sprzeczne sytuacje? Szczerze? Nie mam pojęcia. Pewnie jaki psycholog, lub socjolog, który prowadził badania nad zjawiskiem coming-outu byłby to w stanie to jakoś wytłumaczyć, zwrócić uwagę na to od czego to zależy. Ja nie.
A może to po prostu kwestia znalezienia się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie z odpowiednimi ludźmi? Kto wie, mam nadzieję tylko, że na piknik pracowniczy już nie będę musiał wymyślać historii dlaczego nikogo nie przyprowadziłem jako osoby towarzyszącej.
sobota, 5 października 2013
Na filozoficzną rozgrzewkę.
W związku z przeciągającą się przerwą w aktualizowaniu bloga i w celu stopniowego, a zarazem płynnego przejścia do częstszego pisania nowych notek, postanowiłem na początek zmierzyć się z tematyką, która byłaby stosunkowo błaha, prosta, niewymagająca głębokich, cerebralnych wywodów i filozoficznych rozmyślań. Porozmawiajmy zatem o sensie życia.
Przyjemność. Życie wieczne. Użyteczność społeczna. Połączenie z absolutem. Rozprzestrzenianie genów i podtrzymywanie gatunku. Nic w ogóle. Ta, czy inna filozofia (tudzież religia) taki, lub inny sens życia przedstawia i - że użyję nowoczesnego słowa, jednego z tych co to dzieciaki teraz gadają - lansuje jako należyty. Jako człowiek swojego czasu głęboko religijny i wychowany w nastawieniu wszechogarniającej martyrologii polskiej, zawsze uważałem, że żeby mieć życie "zaliczone", trzeba się czemuś oddać. Najlepiej jakiemuś oderwanemu od rzeczywistości, wyższemu konceptowi prawdy, dobra i ascezy, poświęcając swój indywidualny byt na rzecz wznioślejszych ideałów. Ćwierć niemalże wieku zajęło mi zorientowanie się, że gówno się z takiego życia ma, a całe to poświęcenie jest na nic, bo nic z niego na koniec nie wynika. Społeczeństwo - czy jestem, czy mnie nie ma - idzie naprzód (lub w tył) takim samym w miarę tempem; istoty absolutne (o ile takowe istnieją), są zbyt zajęte spuszczaniem się nad własną absolutnością; kraj, gdyby znał szczegóły moich poglądów, orientacji i natury z chęcią by mnie ze swoich progów najwyraźniej eksmitował. Bohaterów kocha się tylko po śmierci, ale wtedy to już chuj mi z tego przyjdzie.
Taki moment klarowności chyba przyszedł, kiedy się zorientowałem, że wszyscy ludzie, którzy byli bliscy w moim życiu albo by się ode mnie odwrócili, albo próbowali zmienić z powrotem w kogoś innego, gdyby poznali mnie po prostu takim, jakim jestem. Wróć, nie "by próbowali". Nawet nie "próbowali", tylko po prostu to robili. Wbrew temu, że każdy w dzisiejszych czasach powtarza: "Bądź sobą! Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś!", tak wielu ludzi zaakceptuje cię tylko wtedy, gdy to "bycie sobą" będzie takie, jakie im odpowiada. Tak więc stanąłem przed nie lada dylematem, bo ci, którzy podzielają moje ideały, właśnie przez te ideały nigdy nie zaakceptują mnie takim, jakim jestem. Ba, sam się nawet nie zaakceptuję, bo nie akceptowałem się przecież nigdy. Co tu robić, co tu robić...
No i przyszła mi do głowy myśl szalona, nieortodoksyjna - może te wszystkie wyniosłe idee nie mają większego sensu? Może tak naprawdę sensem życia jest proste słowo, które w całym tym wywodzie blogowym nawet się jeszcze ani razu nie pojawiło? Szczęście. I to nie jakieś hedonistyczne, niemoralne czepianie się popędów, ale poznanie samego siebie i zwyczajne, do kurwy nędzy, życie.
Rewolucja normalnie.
Ale tak sobie właśnie żyję, powolutku, spokojniutko, bez parcia, z dnia na dzień... Mam sukcesy, mam porażki, mam cele życiowe, które się zmieniają z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę i to nie szkodzi. Po prostu jestem sobie. I całkiem szczerze - jeszcze nigdy nie czułem się ze swoim życiem aż tak dobrze.
Przyjemność. Życie wieczne. Użyteczność społeczna. Połączenie z absolutem. Rozprzestrzenianie genów i podtrzymywanie gatunku. Nic w ogóle. Ta, czy inna filozofia (tudzież religia) taki, lub inny sens życia przedstawia i - że użyję nowoczesnego słowa, jednego z tych co to dzieciaki teraz gadają - lansuje jako należyty. Jako człowiek swojego czasu głęboko religijny i wychowany w nastawieniu wszechogarniającej martyrologii polskiej, zawsze uważałem, że żeby mieć życie "zaliczone", trzeba się czemuś oddać. Najlepiej jakiemuś oderwanemu od rzeczywistości, wyższemu konceptowi prawdy, dobra i ascezy, poświęcając swój indywidualny byt na rzecz wznioślejszych ideałów. Ćwierć niemalże wieku zajęło mi zorientowanie się, że gówno się z takiego życia ma, a całe to poświęcenie jest na nic, bo nic z niego na koniec nie wynika. Społeczeństwo - czy jestem, czy mnie nie ma - idzie naprzód (lub w tył) takim samym w miarę tempem; istoty absolutne (o ile takowe istnieją), są zbyt zajęte spuszczaniem się nad własną absolutnością; kraj, gdyby znał szczegóły moich poglądów, orientacji i natury z chęcią by mnie ze swoich progów najwyraźniej eksmitował. Bohaterów kocha się tylko po śmierci, ale wtedy to już chuj mi z tego przyjdzie.
Taki moment klarowności chyba przyszedł, kiedy się zorientowałem, że wszyscy ludzie, którzy byli bliscy w moim życiu albo by się ode mnie odwrócili, albo próbowali zmienić z powrotem w kogoś innego, gdyby poznali mnie po prostu takim, jakim jestem. Wróć, nie "by próbowali". Nawet nie "próbowali", tylko po prostu to robili. Wbrew temu, że każdy w dzisiejszych czasach powtarza: "Bądź sobą! Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś!", tak wielu ludzi zaakceptuje cię tylko wtedy, gdy to "bycie sobą" będzie takie, jakie im odpowiada. Tak więc stanąłem przed nie lada dylematem, bo ci, którzy podzielają moje ideały, właśnie przez te ideały nigdy nie zaakceptują mnie takim, jakim jestem. Ba, sam się nawet nie zaakceptuję, bo nie akceptowałem się przecież nigdy. Co tu robić, co tu robić...
No i przyszła mi do głowy myśl szalona, nieortodoksyjna - może te wszystkie wyniosłe idee nie mają większego sensu? Może tak naprawdę sensem życia jest proste słowo, które w całym tym wywodzie blogowym nawet się jeszcze ani razu nie pojawiło? Szczęście. I to nie jakieś hedonistyczne, niemoralne czepianie się popędów, ale poznanie samego siebie i zwyczajne, do kurwy nędzy, życie.
Rewolucja normalnie.
Ale tak sobie właśnie żyję, powolutku, spokojniutko, bez parcia, z dnia na dzień... Mam sukcesy, mam porażki, mam cele życiowe, które się zmieniają z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę i to nie szkodzi. Po prostu jestem sobie. I całkiem szczerze - jeszcze nigdy nie czułem się ze swoim życiem aż tak dobrze.
niedziela, 28 lipca 2013
Margarita, fajita, plaża, dzika plaża...
W Poznaniu żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę wybraliśmy się z Tygrysem nad jezioro. Jedyne "oficjalne" kąpielisko było zapchane do ostatniego centymetra kwadratowego połową populacji miasta oczywiście, lecz znaleźliśmy szczęśliwie plażę bardziej dziką, jednak mniej tłoczną. I muszę powiedzieć, że trwająca moda na tatuaże mi bardzo odpowiada :> Ach, jak to dobrze posiedzieć ze swoim chłopakiem, powygrzewać się na słońcu, co jakiś czas szepcząc "Pssst... A może tego weźmiemy do domu?" na widok jakiegoś pomykającego do wody młodego byczka. A było ich sporo... Nie wiem nawet, co było wyżej dla mnie na liście atrakcji - cieplutkie jeziorko, czy półnadzy mężczyźni się w nim pluskający...
Także tego.
Pierwsza wypłata z nowej pracy wreszcie się pojawiła na koncie, tak że zgodnie z obietnicą złożoną jakiś czas temu zabrałem moje kochanie na romantyczną kolację; o dziwo, nie na kebab, ale do porządnego lokalu o tematyce meksykańskiej, z kelnerkami w czerwonych spódnicach, muzykami grającymi na żywo i Zorro w masce podającym desery. Byłoby jeszcze bardziej zajebiście, gdybym mógł go normalnie trzymać za rękę, a nie muskać tajniacko kolano pod stołem... Ale za to ta margarita... taka dobra w upalny dzień.
Także tego.
Pierwsza wypłata z nowej pracy wreszcie się pojawiła na koncie, tak że zgodnie z obietnicą złożoną jakiś czas temu zabrałem moje kochanie na romantyczną kolację; o dziwo, nie na kebab, ale do porządnego lokalu o tematyce meksykańskiej, z kelnerkami w czerwonych spódnicach, muzykami grającymi na żywo i Zorro w masce podającym desery. Byłoby jeszcze bardziej zajebiście, gdybym mógł go normalnie trzymać za rękę, a nie muskać tajniacko kolano pod stołem... Ale za to ta margarita... taka dobra w upalny dzień.
czwartek, 25 lipca 2013
Męskość, niemęskość i rodzinne coming-outy
BJ ostatnio wspomniał o sytuacji, w której ktoś ewidentnie dał mu do zrozumienia, że wie o jego orientacji, mimo że sam mu o niej nie mówił. Tak sobie myślę - czy to źle, jeśli seksualność jest, że tak powiem, oczywista? Ja trochę zazdroszczę tym tak zwanym "przegiętym", że nie wstydzą się tego, kim są i czują na tyle dobrze ze sobą samymi, że nie kryją tej kampowej części swoich osobowości. To trochę smutne, że niektórzy geje czują potrzebę ukrywania potencjalnie bardziej "niewieścich" zachowań i cech, lub piętnowania, kiedy inni w jakikolwiek sposób choć odrobinę odchylają się w stronę asocjowanych z homoseksualizmem stereotypów. Prawda jest taka, że pojęcia męskości i kobiecości są właśnie tym - pojęciami, abstraktami, konceptami. Nie istnieją odpowiadający im ludzie - tylko tacy, którzy trochę się zbliżają do jednego, lub drugiego końca spektrum.
To chyba taka klątwa homoseksualizmu - większość z nas pociąga męskość. A kto jest najlepszym wyznacznikiem męskości? Heteroseksualny mężczyzna. Problem w tym, że aby ten pociąg był odwzajemniony, ten mężczyzna technicznie nie może raczej być heteroseksualny. I w tym momencie nasze postrzeganie jego heteronormatywnej męskości drastycznie spada, gdzieś na poboczach świadomości pojawia się myśl, że to przecież przegięta ciota, która lubi łykać fiuta. Taka ukryta, homoseksualna homofobia.
Ja tam uważam się za męskiego faceta. Co więcej - lubię swoją męskość. Ale jednocześnie wiem, że nie jestem ideałem. Mam w sobie sporo cech, dostrzegam wiele zachowań i gestów, które raczej wrażenia męskich prawdopodobnie nie sprawiają. Ale to w porządku. Tyle lat zajęło mi zaakceptowanie siebie ze swoimi wadami - że mam za duży nos; że tłuszczyk mi zwisa z brzucha; że jestem elektronicznie, powiedzmy, nieszczególnie biegły; że jestem głośny i nieznośny; że robię wokół siebie dużo szumu. Nie mam zamiaru spalać się nad tym, że to, czy tamto może być przez kogoś, lub nawet przez mnie samego postrzegane jako wada.
Czasem trzeba do siebie podejść z dystansem, z poczuciem humoru. Takie podejście przydało mi się ostatnio, bo miejsce miało dość ważne wydarzenie. Otóż....
Powiedziałem Bratu, że jestem gejem.
Był na tyle uprzejmy, żeby udawać zdziwienie.
Nie na tyle, żeby udawać je dobrze.
- W sumie, to ostatnio nawet żartowałem sobie z Siostrą o tym, jak konkretnie głęboko jesteś w szafie.
Po uprzejmym i cierpliwym wyjaśnieniu, że nie, nie będę mu dawać porad modowych i nie, nie może teraz chodzić po mieście, śpiewając "Shitty, shitty fag, fag" z SouthParku, poszliśmy na Pacific Rim razem z Tygrysem. Było zajebiste. Obejrzyjcie sobie. Ale uwaga, bo jeśli traficie na kiepskiego operatora w kinie, to w 3D może być trochę ciemno. Ale te roboty... i te potwory... i te mięśnie brzucha Charliego Hunnama... o czym to ja pisałem?
To chyba taka klątwa homoseksualizmu - większość z nas pociąga męskość. A kto jest najlepszym wyznacznikiem męskości? Heteroseksualny mężczyzna. Problem w tym, że aby ten pociąg był odwzajemniony, ten mężczyzna technicznie nie może raczej być heteroseksualny. I w tym momencie nasze postrzeganie jego heteronormatywnej męskości drastycznie spada, gdzieś na poboczach świadomości pojawia się myśl, że to przecież przegięta ciota, która lubi łykać fiuta. Taka ukryta, homoseksualna homofobia.
Ja tam uważam się za męskiego faceta. Co więcej - lubię swoją męskość. Ale jednocześnie wiem, że nie jestem ideałem. Mam w sobie sporo cech, dostrzegam wiele zachowań i gestów, które raczej wrażenia męskich prawdopodobnie nie sprawiają. Ale to w porządku. Tyle lat zajęło mi zaakceptowanie siebie ze swoimi wadami - że mam za duży nos; że tłuszczyk mi zwisa z brzucha; że jestem elektronicznie, powiedzmy, nieszczególnie biegły; że jestem głośny i nieznośny; że robię wokół siebie dużo szumu. Nie mam zamiaru spalać się nad tym, że to, czy tamto może być przez kogoś, lub nawet przez mnie samego postrzegane jako wada.
Czasem trzeba do siebie podejść z dystansem, z poczuciem humoru. Takie podejście przydało mi się ostatnio, bo miejsce miało dość ważne wydarzenie. Otóż....
Powiedziałem Bratu, że jestem gejem.
Był na tyle uprzejmy, żeby udawać zdziwienie.
Nie na tyle, żeby udawać je dobrze.
- W sumie, to ostatnio nawet żartowałem sobie z Siostrą o tym, jak konkretnie głęboko jesteś w szafie.
Po uprzejmym i cierpliwym wyjaśnieniu, że nie, nie będę mu dawać porad modowych i nie, nie może teraz chodzić po mieście, śpiewając "Shitty, shitty fag, fag" z SouthParku, poszliśmy na Pacific Rim razem z Tygrysem. Było zajebiste. Obejrzyjcie sobie. Ale uwaga, bo jeśli traficie na kiepskiego operatora w kinie, to w 3D może być trochę ciemno. Ale te roboty... i te potwory... i te mięśnie brzucha Charliego Hunnama... o czym to ja pisałem?
środa, 17 lipca 2013
Kłopoty w raju?
Jejku, jak ja dawno nic tutaj nie napisałem (oprócz tych postów, w których piszę "ale dawno nic nie pisałem"). Trzeba by nadrobić trochę, a kilka okazji się ostatnio nadarzyło. Ale po kolei. Na początek - w związku Misia z Tygryskiem nastąpił moment przełomowy, etap, który każda relacja musi przejść i który jest uniwersalny we wszelkich związkach romantycznych:
sobota, 1 czerwca 2013
"We all love samesies, ok!!"
Drugi z rzędu łykend siedzę u Tygrysa, więc za bardzo czasu, ani chęci na głębokie rozmyślania o tematach filozoficznych nie mam (w inne rzeczy przekierowuję energię), dlatego dzisiaj wrzucę tylko filmik, który Tygrysek mi pokazał. Zapewne jakby go porządnie zanalizować, to jest tam wiele nawiązań do współczesnej sytuacji kulturowej w kontekście integracji osób LGBT, ale mnie się po prostu wydaje strasznie zabawny :D
Tak mi się spodobał, że nawet grupę na kumpello zrobiłem :D https://kumpello.pl/group/14292
Tak mi się spodobał, że nawet grupę na kumpello zrobiłem :D https://kumpello.pl/group/14292
niedziela, 19 maja 2013
Mam najwspanialszego chłopaka na świecie
W tym tygodniu Tygrys miał sporo zaliczeń na uczelni, więc nie widywaliśmy się zbyt często, a nawet te nieliczne spotkania były boleśnie wręcz krótkie (a piętnaście minut to nam w łóżku nie wystarczy, if you know what I mean... ;0 ). Jednak te właśnie niedługie momenty, powtarzanie przed zaliczeniem z języka migowego, wino nad Wartą, niespodziewane wpadnięcie na szklankę wody po zajęciach, rozświetliły mi cały tydzień średnio przyjemnych informacji. Po prostu czuję się w jego obecności tak dobrze, tak bezpiecznie, tak ciepło w środku, że cała reszta świata wydaje się mało istotna.
A na dowód tego, że mój chłopak jest lepszy od twojego, drogi czytelniku, pozwól że zadam ci jedno pytanie: Czy twój mężczyzna kiedykolwiek zrobił dla ciebie klif? Bo mój owszem!
Oto co jakiś czas temu napisał do mnie:
Napiszę Ci Misiu, co mi się dzisiaj śniło, może nie spóźnię się przez to na zajęcia. Otóż:
śniło mi się, że jesteśmy czymś w rodzaju czarodziejów, a raczej kreatorów. Mogliśmy dowolnie zmieniać rzeczywistość.
Byliśmy w nadmorskiej miejscowości, na ulicy przy samym wybrzeżu. Niebieskie i żółte drewniane domy z werandami i piaskowe drogi. Był jeszcze dzień, a ja musiałem jechać na uczelnię do S*******a, ale Ty stwierdziłeś, że chcesz jeszcze kupić jakąś ozdobę, więc wszedliśmy do sklepu z pamiątkmi. Był akurat sezon wielkanocny, więc mieli same takie świateczne rzeczy i nic nam się nie podobało, ale chodziliśmy ciągle między półkami i z każdym obejściem te rzeczy stawały się coraz ciekawsze, bo zmieniłałeś je swoja obecnością (ja tylko złośliwie podmieniałem ceny). W końcu powiedziałem, że się nudzę i przeszedłem przez dwa regały po Ciebie, a potem wyszliśmy przez ścianę. Okazało się, że już spóźniliśmy się na pociąg, więc zaciągnąłem Cię nad morze. Gdy już dochodziliśmy do brzegu plaży okazało się, że jest tam wilki klif o łukowatym zboczu. Ty powiedziałeś, że tego tu nie było; wtedy ja stwierdziłem że zrobiłem to dla Ciebie i usiedliśmy na sanki, które pojawiły się za nami. Klif się oblodził i zjechaliśmy na nim do wody. Wtedy był już zachód słońca i wszystko było tak ładnie opromienione. Popływaliśmy chwilę, aż dopłyneliśmy do domu, który unosił się na wodzie i nie miał ściany. Przez brak ściany zobaczyłem, że jest tam gitara. Przyciągnąłem ją do siebie i zacząłem Ci śpiewać "chłopak z gitarą..." Nagle poczułem, że coś uderzyło mnie w tej wodzie w nogę i musieliśmy uciekać. Wyskoczyliśmy ponad wodę i uciekliśmy (biegnąc po wodzie) na brzeg. Tam już zobaczyliśmy tylko że w miejscu w którym pływaliśmy wyskoczył wieloryb który by nas połknął, gdybyśmy nie uciekli. Budzik.
Tak. Mój chłopak rządzi. Deal with it!
A na dowód tego, że mój chłopak jest lepszy od twojego, drogi czytelniku, pozwól że zadam ci jedno pytanie: Czy twój mężczyzna kiedykolwiek zrobił dla ciebie klif? Bo mój owszem!
Oto co jakiś czas temu napisał do mnie:
Napiszę Ci Misiu, co mi się dzisiaj śniło, może nie spóźnię się przez to na zajęcia. Otóż:
śniło mi się, że jesteśmy czymś w rodzaju czarodziejów, a raczej kreatorów. Mogliśmy dowolnie zmieniać rzeczywistość.
Byliśmy w nadmorskiej miejscowości, na ulicy przy samym wybrzeżu. Niebieskie i żółte drewniane domy z werandami i piaskowe drogi. Był jeszcze dzień, a ja musiałem jechać na uczelnię do S*******a, ale Ty stwierdziłeś, że chcesz jeszcze kupić jakąś ozdobę, więc wszedliśmy do sklepu z pamiątkmi. Był akurat sezon wielkanocny, więc mieli same takie świateczne rzeczy i nic nam się nie podobało, ale chodziliśmy ciągle między półkami i z każdym obejściem te rzeczy stawały się coraz ciekawsze, bo zmieniłałeś je swoja obecnością (ja tylko złośliwie podmieniałem ceny). W końcu powiedziałem, że się nudzę i przeszedłem przez dwa regały po Ciebie, a potem wyszliśmy przez ścianę. Okazało się, że już spóźniliśmy się na pociąg, więc zaciągnąłem Cię nad morze. Gdy już dochodziliśmy do brzegu plaży okazało się, że jest tam wilki klif o łukowatym zboczu. Ty powiedziałeś, że tego tu nie było; wtedy ja stwierdziłem że zrobiłem to dla Ciebie i usiedliśmy na sanki, które pojawiły się za nami. Klif się oblodził i zjechaliśmy na nim do wody. Wtedy był już zachód słońca i wszystko było tak ładnie opromienione. Popływaliśmy chwilę, aż dopłyneliśmy do domu, który unosił się na wodzie i nie miał ściany. Przez brak ściany zobaczyłem, że jest tam gitara. Przyciągnąłem ją do siebie i zacząłem Ci śpiewać "chłopak z gitarą..." Nagle poczułem, że coś uderzyło mnie w tej wodzie w nogę i musieliśmy uciekać. Wyskoczyliśmy ponad wodę i uciekliśmy (biegnąc po wodzie) na brzeg. Tam już zobaczyliśmy tylko że w miejscu w którym pływaliśmy wyskoczył wieloryb który by nas połknął, gdybyśmy nie uciekli. Budzik.
Tak. Mój chłopak rządzi. Deal with it!
piątek, 10 maja 2013
Kafelki, duperelki
Przepraszałem, obiecywałem, zarzekałem się, a tutaj jak posta
nie było, tak nie ma! Ciepłe dni poznańskie, piwko nad Wartą i mężczyzna w łóżku skłaniają niestety do rozleniwienia (chociaż
to ostatnie tylko po fakcie... a może raczej powinienem napisać „po
akcie”).
Jak już wprawne oko było w stanie zapewne z poprzedniej notki wyłapać – znalazłem sobie chłopaka :D Ma na imię Tygrysek (a przynajmniej ja tak na niego mówię), znamy się już prawie dwa miesiące - motylki w brzuszkach, serduszka, kwiatki, kraniki, dywaniki, ten początkowy okres w związku. Tygrys studiuje turystykę, specjalizuje się w gastronomii i świetnie gotuje, z czego wynikają dwa plusy – nie tylko mi robi pyszne jedzenie, ale mam dodatkowe wyzwanie i motywację kiedy przychodzi moja kolej zrobić obiad.
Ponadto ma śliczne brązowe oczy, bardzo lubi się przytulać, ma świetne poczucie humoru, a na pierwszej randce totalnie mnie zauroczył, kiedy zadałem mu drżącym głosem pytanie, które jest tym być, albo nie być; które obnaża ludzką osobowość, psychikę i tajemnice; które zawiera w sobie setki pytań i tysiące odpowiedzi.
Jak już wprawne oko było w stanie zapewne z poprzedniej notki wyłapać – znalazłem sobie chłopaka :D Ma na imię Tygrysek (a przynajmniej ja tak na niego mówię), znamy się już prawie dwa miesiące - motylki w brzuszkach, serduszka, kwiatki, kraniki, dywaniki, ten początkowy okres w związku. Tygrys studiuje turystykę, specjalizuje się w gastronomii i świetnie gotuje, z czego wynikają dwa plusy – nie tylko mi robi pyszne jedzenie, ale mam dodatkowe wyzwanie i motywację kiedy przychodzi moja kolej zrobić obiad.
Ponadto ma śliczne brązowe oczy, bardzo lubi się przytulać, ma świetne poczucie humoru, a na pierwszej randce totalnie mnie zauroczył, kiedy zadałem mu drżącym głosem pytanie, które jest tym być, albo nie być; które obnaża ludzką osobowość, psychikę i tajemnice; które zawiera w sobie setki pytań i tysiące odpowiedzi.
środa, 1 maja 2013
O, cześć! Eee... No, wiesz, miałem właśnie do Ciebie zadzwonić...
Mieliście kiedyś taką sytuację, że
musicie do kogoś napisać, gdzieś zadzwonić, coś wysłać, albo
załatwić, ale wam się bezgranicznie nieeeeee chceeee... W końcu
czas nie goni, można to zrobić później, jutro, pojutrze,
popojutrze (nagle ogarnęło mnie przemożne uczucie deja vu... Czy
ja o tym już kiedyś nie pisałem? No, tak...), za tydzień, dwa,
miesiąc... W końcu mija już tyle czasu, że nawet nie pamiętacie
po co to macie zrobić, jak, dlaczego i w ogóle o co chodzi. Albo
głupio po prostu do kogoś się odzywać, jak tyle czasu minęło.
Dlatego mam w szafie trzy cudze koszulki, najstarszą od jakiś ośmiu
lat. Po pierwszych dziesięciu miesiącach już jest niezręcznie ją
zwracać.
Marudzenie Anioła żebym w końcu coś
wrzucił nic nie dało, katastrofalne wynudzenie leżeniem w wyrku z
zapaleniem górnych dróg oddechowych nic nie dało; musiał nastąpić
nowy miesiąc kalendarzowy i nagła świadomość, że oto w
archiwum bloga będzie luka w miejscu kwietnia 2013. Forewa.
Tutaj się należą w ogóle
przeprosiny wszystkim bloga subskrybującym, którzy być może innego
jakiegoś autora wypociny mogliby śledzić, zamiast marnować na
liście czytelniczej miejsce na tak nierzetelnego lenia. Tak więc
przepraszam, szczególnie Anioła, bo mnie molestował o nową notkę
nieustannie przez te półtora miesiąca, a ja głuchy żem był na jego wołania. Przepraszam.
Co do samego życia osobistego, to tak
w telegraficznym skrócie: nadal nie mam pracy, nadal nie załatwiłem
studiów, kuroniówka spływa (a raczej skapuje jak krew z nosa) na konto, powiedziałem
Kuzynowi Szóstego Z Którym Chodzę Na Siłownię (naprawdę, muszę
jakąś ksywę dla niego wreszcie wymyślić) że jestem gejem,
powiedziałem Piątemu, że jestem gejem, od miesiąca mam chłopaka,
wkurza mnie Druga, widziałem się z Czerwoną, byłem kilkukrotnie w
HaHu, wróciłem do czytania komiksów, jeden z moich ulubionych
ludzi na YT odpowiedział na mój komentarz, nadrobiłem The Walking
Dead, mam głupi ropień na zębie, który może grozić jego
wyrwaniem, zacząłem na nowo grać w pokemony.
Więcej szczegółów wkrótce.
(Tak, to było tam specjalnie. Tak, to
naprawdę prawda. Gratulacje proszę umieszczać w komentarzach. Tak,
to jeden z powodów, dla których nic nie pisałem, cały wolny czas
zajmował mi seks w ilościach przeobfitych :D )
niedziela, 17 marca 2013
Dakann sprzymierzeńcem?
Nudząc się ostatnio (no bo co niby mam robić, pracy szukać? Kwalifikacje podnosić? Pfff!) i bez większego entuzjazmu zgłębiając odmęty jutóba, natrafiłem na najnowszy odcinek „Piątek: The Series”. I... może po prostu wrzucę linka, żebyście sobie sami obejrzeli.
Nie jestem pewien, czy wypowiedzi Dakanna o tym, że nie obchodzi go co kto robi w łóżku, wynikają z tolerancji i poparcia dla ruchu gejowskiego, czy z jego ogólnego imidżu kogoś, kto generalnie ma wszystko w dupie, a twoja orientacja seksualna jest tylko kolejną pozycją na liście rzeczy, na które ma wyjebane. Jest, czy nie jest sprzymierzeńcem osób LGBT – to fajnie usłyszeć takie zdrowe, otwarte poglądy w świecie, gdzie tyle osób za cel życia obiera sobie stłamszenie i zniszczenie homoseksualistów tylko dlatego, że ośmielają się istnieć i chodzić po tej samej ziemi, co oni. Taka miła odmiana.
Ciekawe co Szósty na to powie. To trochę ironia losu, że to on mnie po raz pierwszy zapoznał z „Piątkiem”.
czwartek, 14 marca 2013
Nowy sezon... cz. 2
W poprzednim odcinku: Ogarnij Się został wystawiony przez kolesia o ślicznym uśmiechu po raz trzeci z rzędu. Gdy nieporozumienie z GejMamą doprowadziło go na skraj desperacji, padły słowa, których może żałować do końca życia. Czy pchnięty na drogę żalu i zgorzknienia stanie się zimnym, bezwzględnym draniem, czy też dostrzeże w porę destrukcję, do której ta ścieżka prowadzi?
środa, 13 marca 2013
Nowy sezon... cz. 1
Wczorajszy wieczór był... dziwny. Tak niewiele się w jego trakcie właściwie zdarzyło, a potencjalnie tak ogromne konsekwencje może mieć na... cóż, na mnie.
Kiedyś z Czerwoną mieliśmy taką konwersację – właściwie, to swoistego rodzaju „grę” można by nawet rzec - w której porównaliśmy życie do serialu. Nawet nie do jakiegoś fajnego serialu, ale raczej do taniej opery mydlanej. Dzieliliśmy lata na sezony, odnajdywaliśmy podwójne, pełne napięcia odcinki i wypełniacze miejsca. Identyfikowaliśmy głównych bohaterów w danym sezonie, wątki przewodnie, intrygi i fabuły. Z zadziwiającą dokładnością oddawaliśmy rzeczywistość za pomocą tej analogii.
Wczorajszy wieczór był w moim serialu przełomem sezonów. Jeszcze nie zdecydowałem, czy był początkiem nowej opowieści, otwarciem wątków nowej fabuły i zapowiedzią zmiany kierunku, jaki obrał zespół kreatywny, czy też cliffhangerem na koniec sezonu, trzymającym w napięciu niepewnością jak to bohater wybrnie z sytuacji, w której się znalazł – czy stoczy się w przepaść, czy wzniesie na wyżyny; zatraci wszystko, czym do tej pory był, czy umocni się w swoich przekonaniach i z nową siłą ruszy naprzód. Jedno, co wiem, to że „People love drama”, a cioto-drama jest szczególnie przecież dramatyczna.
Zaczęło się od randki, której nie było, z kolesiem o ślicznym uśmiechu.
Kiedyś z Czerwoną mieliśmy taką konwersację – właściwie, to swoistego rodzaju „grę” można by nawet rzec - w której porównaliśmy życie do serialu. Nawet nie do jakiegoś fajnego serialu, ale raczej do taniej opery mydlanej. Dzieliliśmy lata na sezony, odnajdywaliśmy podwójne, pełne napięcia odcinki i wypełniacze miejsca. Identyfikowaliśmy głównych bohaterów w danym sezonie, wątki przewodnie, intrygi i fabuły. Z zadziwiającą dokładnością oddawaliśmy rzeczywistość za pomocą tej analogii.
Wczorajszy wieczór był w moim serialu przełomem sezonów. Jeszcze nie zdecydowałem, czy był początkiem nowej opowieści, otwarciem wątków nowej fabuły i zapowiedzią zmiany kierunku, jaki obrał zespół kreatywny, czy też cliffhangerem na koniec sezonu, trzymającym w napięciu niepewnością jak to bohater wybrnie z sytuacji, w której się znalazł – czy stoczy się w przepaść, czy wzniesie na wyżyny; zatraci wszystko, czym do tej pory był, czy umocni się w swoich przekonaniach i z nową siłą ruszy naprzód. Jedno, co wiem, to że „People love drama”, a cioto-drama jest szczególnie przecież dramatyczna.
Zaczęło się od randki, której nie było, z kolesiem o ślicznym uśmiechu.
poniedziałek, 11 marca 2013
Veisalgia
Kac jest zjawiskiem, które stanowi kolejny dowód na prawdziwość mojej teorii, że jeśli jakiś bóg istnieje, to jest istotą złośliwą i okrutną.
A najgorszą częścią kaca jest to, że nic się nie da z nim zrobić. I nie mam na myśli kefirów, jajek, klina, czy tego typu rzeczy, które nawet mogą pomóc powierzchownym objawom, ale to uczucie powolnego umierania gdzieś w środku, które nie znika cały dzień, choćby się nie wiem co robiło.
W ogóle kac ma to do siebie, że adaptuje swoje objawy do remediów, jakie usiłuje się przeciw niemu zastosować i jest w tym skuteczniejszy od wirusa grypy, który na nowe szczepionki odporność potrafi wyrobić w półtora roku. Kacowi zajmuje to półtora minuty.
Leżysz na plecach i czujesz, że świat wiruje jak śmigło helikoptera, więc obracasz się na bok. Leżąc na boku czujesz, jak ci się wszystko w żołądku przewraca i w ogóle jest nierówno i nieprzyjemnie i krzywo tak jakoś, więc się obracasz na brzuch. Jak leżysz na brzuchu, to uciskasz sobie wszystkie organa wewnętrzne, więc się obracasz na plecy, gdzie już na ciebie czeka kolega helikopter.
Postanawiasz więc więcej nie leżeć w wyrku i siadasz sobie na fotelu. I siedzisz na tym fotelu i się nie ruszasz, ale zaczyna ci się nudzić, więc siadasz do kompa. Jak tak sobie siedzisz, to zaczynają cię plecy boleć, więc wstajesz, a że wstajesz za szybko, to tracisz równowagę i klapiesz na tyłek z powrotem na fotel.
Postanawiasz, że musisz czymś wypełnić żołądek, bo przecież tak nie można bez niczego pół dnia ciągnąć. Czujesz się głodny, ale jednocześnie jest ci tak niedobrze, że gdybyś próbował coś zjeść, to od razu to zwrócisz. Boli cię głowa i wiesz, że to czas na kawę, ale wiesz również, że kawa odwodni cię z tych resztek wilgoci, których nie wypłukał wczoraj alkohol. Więc robisz sobie herbatkę owocową i odstawiasz, żeby ostygła, bo od gorącego wiesz, że ci będzie niedobrze. I tak sobie stygnie i stygnie, aż całkiem wystyga, a wtedy nie możesz jej wypić, bo zimna jest obrzydliwa.
I pomimo tego, że nie masz nawet ochoty na zimną herbatkę, to robi ci się tak ogólnie gorąco, pocisz się i duszno tak jakoś nagle. Otwierasz więc okna na szeroko, w nadziei że zimny powiew cię ochłodzi i orzeźwi. Może tego cholernego kaca nawet złagodzi. Ale wkrótce robi ci się po prostu mroźno, zaczynają brać cię dreszcze, a palce u stóp marzną boleśnie. Więc zamykasz okno i w tej chwili zaczynasz czuć na ubraniu zapach papierosa, który ktoś inny palił wczoraj wieczorem w sąsiednim pokoju. Zapach tych około trzech cząsteczek tytoniu na twoim rękawie jest nie do zniesienia, a ponadto zaczynają chemicznie śmierdzieć stare waciki gdzieś na dnie kosza. Te, których normalnie nawet byś nie zauważył. Nie otworzysz okna, żeby wywietrzyć, bo znów ci będzie zimno, zapalasz więc świeczkę zapachową, którą normalnie czuć nawet kiedy jest zgaszona, a tym razem nie daje nic. Absolutnie nic. Wsadzasz nos w płomień i nadal czujesz te trzy cząsteczki nikotyny i pojedynczy wacik na dnie worka, który zawiązałeś i wywaliłeś za drzwi.
Zrezygnowany, zmęczony tą ciągłą i bezowocną ucieczką, kładziesz się z powrotem do łóżka, zrezygnowany, bezsilny, bez woli dalszej walki. Siema, helikopter.
Niebieski mi napisał "Za dużo pijesz". Możliwe. Dlatego nigdy już więcej w życiu nie tknę alkoholu. Obiecuję. Zaklinam się i daję słowo.
Tak, jak za każdym razem, jak mam kaca.
Do następnego ;)
A najgorszą częścią kaca jest to, że nic się nie da z nim zrobić. I nie mam na myśli kefirów, jajek, klina, czy tego typu rzeczy, które nawet mogą pomóc powierzchownym objawom, ale to uczucie powolnego umierania gdzieś w środku, które nie znika cały dzień, choćby się nie wiem co robiło.
W ogóle kac ma to do siebie, że adaptuje swoje objawy do remediów, jakie usiłuje się przeciw niemu zastosować i jest w tym skuteczniejszy od wirusa grypy, który na nowe szczepionki odporność potrafi wyrobić w półtora roku. Kacowi zajmuje to półtora minuty.
Leżysz na plecach i czujesz, że świat wiruje jak śmigło helikoptera, więc obracasz się na bok. Leżąc na boku czujesz, jak ci się wszystko w żołądku przewraca i w ogóle jest nierówno i nieprzyjemnie i krzywo tak jakoś, więc się obracasz na brzuch. Jak leżysz na brzuchu, to uciskasz sobie wszystkie organa wewnętrzne, więc się obracasz na plecy, gdzie już na ciebie czeka kolega helikopter.
Postanawiasz więc więcej nie leżeć w wyrku i siadasz sobie na fotelu. I siedzisz na tym fotelu i się nie ruszasz, ale zaczyna ci się nudzić, więc siadasz do kompa. Jak tak sobie siedzisz, to zaczynają cię plecy boleć, więc wstajesz, a że wstajesz za szybko, to tracisz równowagę i klapiesz na tyłek z powrotem na fotel.
Postanawiasz, że musisz czymś wypełnić żołądek, bo przecież tak nie można bez niczego pół dnia ciągnąć. Czujesz się głodny, ale jednocześnie jest ci tak niedobrze, że gdybyś próbował coś zjeść, to od razu to zwrócisz. Boli cię głowa i wiesz, że to czas na kawę, ale wiesz również, że kawa odwodni cię z tych resztek wilgoci, których nie wypłukał wczoraj alkohol. Więc robisz sobie herbatkę owocową i odstawiasz, żeby ostygła, bo od gorącego wiesz, że ci będzie niedobrze. I tak sobie stygnie i stygnie, aż całkiem wystyga, a wtedy nie możesz jej wypić, bo zimna jest obrzydliwa.
I pomimo tego, że nie masz nawet ochoty na zimną herbatkę, to robi ci się tak ogólnie gorąco, pocisz się i duszno tak jakoś nagle. Otwierasz więc okna na szeroko, w nadziei że zimny powiew cię ochłodzi i orzeźwi. Może tego cholernego kaca nawet złagodzi. Ale wkrótce robi ci się po prostu mroźno, zaczynają brać cię dreszcze, a palce u stóp marzną boleśnie. Więc zamykasz okno i w tej chwili zaczynasz czuć na ubraniu zapach papierosa, który ktoś inny palił wczoraj wieczorem w sąsiednim pokoju. Zapach tych około trzech cząsteczek tytoniu na twoim rękawie jest nie do zniesienia, a ponadto zaczynają chemicznie śmierdzieć stare waciki gdzieś na dnie kosza. Te, których normalnie nawet byś nie zauważył. Nie otworzysz okna, żeby wywietrzyć, bo znów ci będzie zimno, zapalasz więc świeczkę zapachową, którą normalnie czuć nawet kiedy jest zgaszona, a tym razem nie daje nic. Absolutnie nic. Wsadzasz nos w płomień i nadal czujesz te trzy cząsteczki nikotyny i pojedynczy wacik na dnie worka, który zawiązałeś i wywaliłeś za drzwi.
Zrezygnowany, zmęczony tą ciągłą i bezowocną ucieczką, kładziesz się z powrotem do łóżka, zrezygnowany, bezsilny, bez woli dalszej walki. Siema, helikopter.
Niebieski mi napisał "Za dużo pijesz". Możliwe. Dlatego nigdy już więcej w życiu nie tknę alkoholu. Obiecuję. Zaklinam się i daję słowo.
Tak, jak za każdym razem, jak mam kaca.
Do następnego ;)
poniedziałek, 4 marca 2013
Przykro
Najpierw miało być na śmiesznie, o rozmowie dwóch świeżych studentek, podsłuchanej w autobusie. Potem miało być śmiesznie-smutno, o dziwacznych facetach, zagadujących na portalach. Ale ostatecznie będzie tylko smutno.
Każdy z nas widzi chyba co jakiś czas wypowiedzi takie, jak Lecha Wałęsy; komentarze krytykujące Władysława Kowalskiego i jego syna za to, że nie żyją w strachu; artykuły dowodzące, jaki to homoseksualizm jest obrzydliwy, zboczony i nienaturalny. A mnie już na to brakuje siły.
Z niemal pół tysiąca moich znajomych na facebooku, największą grupę stanowią radykalni chrześcijanie. I nie mam na myśli „moherowych beretów” - te są nieszkodliwe w porównaniu z ludźmi, wśród których się obracałem przez większość mojego dorosłego życia. Ci ludzie wiele mi dali i bardzo mi pomogli w czasie, kiedy pomocy potrzebowałem. Dlatego tak bardzo mnie boli, kiedy pierwszą rzeczą, jaką wita mnie każdy, KAŻDY kolejny dzień, jest jakiś kolejny homofobiczny komentarz, link do strony ostrzegającej przed gejowską propagandą, filmik o eks-geju, który definitywnie zmienił swoją orientację przez post i modlitwę, a w którym nikt zdaje się nie zauważać satynowych fatałaszków, w które jest odziany. Tak, chłopie. Zdecydowanie wyglądasz na heteryka.
Miałem napisać coś konstruktywnego, dojść do jakiś głębokich wniosków o ludzkiej naturze i zakończyć tekst promykiem nadziei, że może kiedyś nastanie czas, kiedy nie będziemy ze wszystkich stron bombardowani tym, jakimi to jesteśmy podludźmi, niegodnymi szczęścia i powinniśmy się wszyscy leczyć, albo jeszcze lepiej – pójść prosto do gazu, bo wtedy nikt się nie będzie musiał nami przejmować. Ale Szósty dzisiaj na siłce jebnął takim tekstem, że straciłem na to ochotę. Tak więc dzisiaj jest po prostu smutno, bezsilnie, w pewnym stopniu bezcelowo. Nie będzie mądrych wniosków. Tylko taki, że strasznie mi przykro.
Każdy z nas widzi chyba co jakiś czas wypowiedzi takie, jak Lecha Wałęsy; komentarze krytykujące Władysława Kowalskiego i jego syna za to, że nie żyją w strachu; artykuły dowodzące, jaki to homoseksualizm jest obrzydliwy, zboczony i nienaturalny. A mnie już na to brakuje siły.
Z niemal pół tysiąca moich znajomych na facebooku, największą grupę stanowią radykalni chrześcijanie. I nie mam na myśli „moherowych beretów” - te są nieszkodliwe w porównaniu z ludźmi, wśród których się obracałem przez większość mojego dorosłego życia. Ci ludzie wiele mi dali i bardzo mi pomogli w czasie, kiedy pomocy potrzebowałem. Dlatego tak bardzo mnie boli, kiedy pierwszą rzeczą, jaką wita mnie każdy, KAŻDY kolejny dzień, jest jakiś kolejny homofobiczny komentarz, link do strony ostrzegającej przed gejowską propagandą, filmik o eks-geju, który definitywnie zmienił swoją orientację przez post i modlitwę, a w którym nikt zdaje się nie zauważać satynowych fatałaszków, w które jest odziany. Tak, chłopie. Zdecydowanie wyglądasz na heteryka.
Miałem napisać coś konstruktywnego, dojść do jakiś głębokich wniosków o ludzkiej naturze i zakończyć tekst promykiem nadziei, że może kiedyś nastanie czas, kiedy nie będziemy ze wszystkich stron bombardowani tym, jakimi to jesteśmy podludźmi, niegodnymi szczęścia i powinniśmy się wszyscy leczyć, albo jeszcze lepiej – pójść prosto do gazu, bo wtedy nikt się nie będzie musiał nami przejmować. Ale Szósty dzisiaj na siłce jebnął takim tekstem, że straciłem na to ochotę. Tak więc dzisiaj jest po prostu smutno, bezsilnie, w pewnym stopniu bezcelowo. Nie będzie mądrych wniosków. Tylko taki, że strasznie mi przykro.
niedziela, 3 marca 2013
Tysiąc
Dzisiaj mym pięknym oczom ukazał się ten oto widok:

Tak więc celebrując zbliżające się tysięczne wyświetlenie, którego sprawcą być może jesteś właśnie ty, drogi czytelniku (chyba, że jesteś botem gógla; co jest nie tylko niewykluczone, ale wręcz wielce prawdopodobne >.< ), pragnę ogłosić podjętą przeze mnie przed chwilą decyzję: przeprowadzam się do Nebraski. W trybie natychmiastowym. No, może nie natychmiastowym, ale jak tylko znajdę chusteczki i wytrę sobie... brodę.
Gimnastyka sportowa nigdy mnie szczególnie nie interesowała, a fenomen Harlem Shake'u osiągnął już taki stopień przesycenia, że strach lodówkę otworzyć, ale... kurde... ci kolesie...

Tak więc celebrując zbliżające się tysięczne wyświetlenie, którego sprawcą być może jesteś właśnie ty, drogi czytelniku (chyba, że jesteś botem gógla; co jest nie tylko niewykluczone, ale wręcz wielce prawdopodobne >.< ), pragnę ogłosić podjętą przeze mnie przed chwilą decyzję: przeprowadzam się do Nebraski. W trybie natychmiastowym. No, może nie natychmiastowym, ale jak tylko znajdę chusteczki i wytrę sobie... brodę.
Gimnastyka sportowa nigdy mnie szczególnie nie interesowała, a fenomen Harlem Shake'u osiągnął już taki stopień przesycenia, że strach lodówkę otworzyć, ale... kurde... ci kolesie...
niedziela, 24 lutego 2013
Trzeba było słuchać mamy...
Czemu wszyscy faceci to świnie? Nawet nie chodzi o to, że na wszystko patrzą przez pryzmat seksu [zauważmy celowe dystansowanie się autora od własnej płci], to mi się nawet podoba. Chodzi o nieuczciwość, egoizm i całkowity brak tego, co Latynosi nazywają cojones.
Czy tak trudno jest powiedzieć wprost – fajny jesteś, może pomiziamy się trochę, ale nie licz na coś głębszego, bo nie mam na to ochoty? Przynajmniej wtedy, zamiast być wkurzonym i rozżalonym, mógłbym się skoncentrować na niewątpliwie pozytywnym fakcie, że zaliczyłem [widzimy katastrofalnie nieudaną próbę zachowania jakiejkolwiek subtelności]. Ale nie, nawet tej małej przyjemności i satysfakcji mieć nie mogę.
Czy ja jestem po prostu taki młody i niedoświadczony, czy kompletnie naiwny, że jak spotykam faceta, to najpierw chcę go poznać; ocenić, czy jest porządnym człowiekiem, czy się nada na potencjalnego chłopaka, a dopiero potem ewentualnie idę z nim do łóżka? A jak już pójdę, to dlatego że jestem otwarty na coś więcej, niż sam jednorazowy seks, a nie po to, żeby mi się ktoś spuścił na klatę, zanim go nigdy więcej nie zobaczę?
Nie mam nic przeciw przygodnemu seksowi i nie oceniam nikogo, kto go uprawia – seks jest fajny! Po prostu ja w tej chwili w moim życiu szukam czegoś innego. Może jeszcze zgorzknieję i mi się odmieni, kto wie? Ale na razie jeszcze zupełnie wiara w miłość we mnie nie umarła i przede wszystkim chciałbym znaleźć partnera - kogoś, kogo będę mógł obdarzyć uczuciem. Tak, zanim kogoś takiego znajdę pewnie będę musiał przekopać się przez sterty nieodpowiednich facetów, ale czy naprawdę będę za każdym razem musiał się zastanawiać, czy koleś po spędzonej wspólnie nocy nie odpowiada na smsy dlatego, że ma pilny artykuł do napisania w pracy, bierze mnie na przeczekanie, bo nie chce wyjść na desperata, czy po prostu od początku chciał mnie tylko przelecieć i cześć. Albo czy sugeruje spotkanie u siebie, bo rzeczywiście ma nogę w ortezie, czy dlatego, że będzie bliżej do łóżka? [zauważalne nadużywanie nieistotnych szczegółów sugeruje, że autor utracił już całkowicie kontrolę nad pisanym tekstem] Czy ja proszę o zbyt wiele? Odrobinę szczerości?
Może nawet jakby mi rzucił prosto z mostu – choć się tylko poruchać! - to bym na to poszedł. Wiedziałbym chociaż czego się spodziewać!
A najgorsze jest to, że GejMama mi od początku mówił, że tak będzie, a ja nie wierzyłem. Nie, jednak nie. Najgorsze jest to, że teraz będzie się z tego powodu puszył i nadymał, a ja będę mógł tylko stwierdzić „tak, mówiłeś”...
Czy tak trudno jest powiedzieć wprost – fajny jesteś, może pomiziamy się trochę, ale nie licz na coś głębszego, bo nie mam na to ochoty? Przynajmniej wtedy, zamiast być wkurzonym i rozżalonym, mógłbym się skoncentrować na niewątpliwie pozytywnym fakcie, że zaliczyłem [widzimy katastrofalnie nieudaną próbę zachowania jakiejkolwiek subtelności]. Ale nie, nawet tej małej przyjemności i satysfakcji mieć nie mogę.
Czy ja jestem po prostu taki młody i niedoświadczony, czy kompletnie naiwny, że jak spotykam faceta, to najpierw chcę go poznać; ocenić, czy jest porządnym człowiekiem, czy się nada na potencjalnego chłopaka, a dopiero potem ewentualnie idę z nim do łóżka? A jak już pójdę, to dlatego że jestem otwarty na coś więcej, niż sam jednorazowy seks, a nie po to, żeby mi się ktoś spuścił na klatę, zanim go nigdy więcej nie zobaczę?
Nie mam nic przeciw przygodnemu seksowi i nie oceniam nikogo, kto go uprawia – seks jest fajny! Po prostu ja w tej chwili w moim życiu szukam czegoś innego. Może jeszcze zgorzknieję i mi się odmieni, kto wie? Ale na razie jeszcze zupełnie wiara w miłość we mnie nie umarła i przede wszystkim chciałbym znaleźć partnera - kogoś, kogo będę mógł obdarzyć uczuciem. Tak, zanim kogoś takiego znajdę pewnie będę musiał przekopać się przez sterty nieodpowiednich facetów, ale czy naprawdę będę za każdym razem musiał się zastanawiać, czy koleś po spędzonej wspólnie nocy nie odpowiada na smsy dlatego, że ma pilny artykuł do napisania w pracy, bierze mnie na przeczekanie, bo nie chce wyjść na desperata, czy po prostu od początku chciał mnie tylko przelecieć i cześć. Albo czy sugeruje spotkanie u siebie, bo rzeczywiście ma nogę w ortezie, czy dlatego, że będzie bliżej do łóżka? [zauważalne nadużywanie nieistotnych szczegółów sugeruje, że autor utracił już całkowicie kontrolę nad pisanym tekstem] Czy ja proszę o zbyt wiele? Odrobinę szczerości?
Może nawet jakby mi rzucił prosto z mostu – choć się tylko poruchać! - to bym na to poszedł. Wiedziałbym chociaż czego się spodziewać!
A najgorsze jest to, że GejMama mi od początku mówił, że tak będzie, a ja nie wierzyłem. Nie, jednak nie. Najgorsze jest to, że teraz będzie się z tego powodu puszył i nadymał, a ja będę mógł tylko stwierdzić „tak, mówiłeś”...
piątek, 15 lutego 2013
Dzięki Ci, Panie, żeś stworzył 2KC!
Na przyszłe walentynki muszę sobie już znaleźć faceta, bo te singlowe imprezy się wymykają spod kontroli...
Żenujący żart prowadzącego, żeby tak pusto nie było:
Na czym śpi gej? - Na Jaśku.
Żenujący żart prowadzącego, żeby tak pusto nie było:
Na czym śpi gej? - Na Jaśku.
sobota, 9 lutego 2013
Gonitwa, gonitwa
Napisanie nowej notki odkładałem tak naprawdę od czasu skończenia poprzedniej. Uświadomiwszy sobie jak bardzo była emo-jęcząca, niejasna i zapewne głęboko konfundująca, postanowiłem poczekać, aż wszystko się wyjaśni i przedstawić sytuację zawodowo-uczelniano-sercową jak już sam będę wiedział jak właściwie wygląda.
I jebs! Przeleciały sobie ponad dwa tygodnie, a stan mojego życia nadal niejasny jak piosenki Marcina Rozynka . Sytuacja zawodowa nadal jest niepewna. Sytuacja uczelniana nadal jest niepewna. Sytuacja sercowa... No, przynajmniej ta się rozjaśniła już raczej definitywnie, w dodatku zaledwie kilka godzin temu.
Napisał więc do mnie koleś – inteligentny, przystojny, ciekawy, oryginalny. Umówiliśmy się na randkę. Przedtem jednak poprosił mnie o ustalenie jednej zasady (cytuję): „że jak nie będzie nam coś pasowało i nie będziemy chcieli się spotkać, to powiemy to od razu, ok? Bo nie lubię sytuacji, że na spotkaniu jest ok, a później ktoś się nie odzywa, wolę jasne sytuacje". Powiedziałem – wporzo! Na taką zasadę mogę się zgodzić, ma to sens! Bez zbędnych, niepotrzebnych nadziei, niepewności i nieszczerości. Powiedziałbym, że tak wręcz powinno być przy każdej znajomości!
Nastąpiła zatem pierwsza randka – fantastyczna! Gadaliśmy kilka godzin o gotowaniu, filmach, muzyce, hipsterach, i innych pierdołach. Jedyną jego wadą zdawało się to, że mamy tak samo na imię i nasze dzieci (jak już założymy rodzinę i będziemy mieszkać razem w domku nad jeziorem) będą musiały się do nas zwracać dziwnymi przezwiskami, żeby było wiadomo o którego „Tatę” im chodzi.
Niestety, po pierwszej nastąpiła druga randka – dokładna jej odwrotność. Nudna, niezręczna, irytująca, upływająca pod znakiem „Nieeee wieeeeem... Ty coś zapropooonuuuj...”. W pewnym momencie stwierdził nawet, że najbardziej to ma ochotę wrócić do domu i się położyć spać (w sensie, samemu, żeby było jasne). Nadal w atmosferze niezręczności i mocno wkurwiającej, zimnej mżawki poszliśmy na zakupy do Biedronki (sic!), po czym w milczeniu wróciliśmy tramwajem do poszczególnych miejsc zamieszkania.
Postanowiłem poczekać. Zobaczyć co zrobi, dać mu szansę się wykazać. Po kilku dniach takiego czekania i braku jakiegokolwiek odzewu już byłem na pana „dajmy sobie znać od razu, jeśli coś będzie nie tak” mocno wkurwiony. GejMama powiedział, że drugie randki już takie są, że mam się nie przejmować, umówić się na trzecią. Skomentowałem więc kolesiowi nowe zdjęcie, że fajne, że przystojnie na nim wygląda i w ogóle. Podziękował. Tyle. Żadnego „a tak przy okazji, może się spotkamy, spróbuję zrekompensować ci ten ostatni raz i to, że byłem myślami gdzie indziej”, żadnego „przepraszam, byłem zajęty, choć chciałem się z tobą skontaktować”, ani nawet „sorry, to nie zadziała, dajmy sobie spokój”. Nic, kurwa! Ten sam koleś, który takie kontrakty mi przed randką spisywał!
W końcu, pouczony znowuż przez GejMamę, że „trzeba trochę pogonić króliczka”, spytałem prosto z mostu – co robisz dzisiaj wieczorem? ”No, w sumie to idę do kina ze znajomymi... Chyba że to będzie jutro, ale jeszcze nie wiem... Chociaż jutro jestem u rodziny na kolacji... I w ogóle... No...” Noż kurwa mać!
Umówiliśmy się wreszcie na spacer. Myślę sobie – będzie można pogadać swobodnie, ustalić dokąd właściwie z tym wszystkim zmierzamy i o co w ogóle chodzi. No i dostaję dziś smsa „Odsypiam tydzień pracy, nie za bardzo mam ochotę się spotykać”. Chuj, miarka się przebrała.
Tak, trzeba czasem pogonić króliczka, trzeba się zaangażować, trzeba pozdobywać, postarać się, napocić. Ale jeśli te wysiłki są jednostronne, jeśli druga osoba tylko sobie czeka, siedzi i obserwuje odstawiany taniec godowy, to jaki to ma sens? Jak to wróży, jeśli jedna osoba wkłada w znajomość pewien wysiłek, a druga jest totalnie oderwana?
Ja też chcę, żeby mnie ktoś czasem pogonił, pozdobywał, się napocił szukając moich względów. Postawił drinka, zaprosił na kawę, spojrzał głęboko w oczy. Nie mam nic przeciwko gonieniu tego króliczka, jeśli sam od czas do czasu nim będę. Ale koniec końców szukam faceta, nie pierdolonego gryzonia. Bo to już zoofilia.
Tak więc konkludując, trzeciej randki raczej nie będzie, a plany na Walentynki właśnie mi się zwolniły. Przynajmniej w tej jednej sferze życia mam jako-taką jasność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
