W związku z przeciągającą się przerwą w aktualizowaniu bloga i w celu stopniowego, a zarazem płynnego przejścia do częstszego pisania nowych notek, postanowiłem na początek zmierzyć się z tematyką, która byłaby stosunkowo błaha, prosta, niewymagająca głębokich, cerebralnych wywodów i filozoficznych rozmyślań. Porozmawiajmy zatem o sensie życia.
Przyjemność. Życie wieczne. Użyteczność społeczna. Połączenie z absolutem. Rozprzestrzenianie genów i podtrzymywanie gatunku. Nic w ogóle. Ta, czy inna filozofia (tudzież religia) taki, lub inny sens życia przedstawia i - że użyję nowoczesnego słowa, jednego z tych co to dzieciaki teraz gadają - lansuje jako należyty. Jako człowiek swojego czasu głęboko religijny i wychowany w nastawieniu wszechogarniającej martyrologii polskiej, zawsze uważałem, że żeby mieć życie "zaliczone", trzeba się czemuś oddać. Najlepiej jakiemuś oderwanemu od rzeczywistości, wyższemu konceptowi prawdy, dobra i ascezy, poświęcając swój indywidualny byt na rzecz wznioślejszych ideałów. Ćwierć niemalże wieku zajęło mi zorientowanie się, że gówno się z takiego życia ma, a całe to poświęcenie jest na nic, bo nic z niego na koniec nie wynika. Społeczeństwo - czy jestem, czy mnie nie ma - idzie naprzód (lub w tył) takim samym w miarę tempem; istoty absolutne (o ile takowe istnieją), są zbyt zajęte spuszczaniem się nad własną absolutnością; kraj, gdyby znał szczegóły moich poglądów, orientacji i natury z chęcią by mnie ze swoich progów najwyraźniej eksmitował. Bohaterów kocha się tylko po śmierci, ale wtedy to już chuj mi z tego przyjdzie.
Taki moment klarowności chyba przyszedł, kiedy się zorientowałem, że wszyscy ludzie, którzy byli bliscy w moim życiu albo by się ode mnie odwrócili, albo próbowali zmienić z powrotem w kogoś innego, gdyby poznali mnie po prostu takim, jakim jestem. Wróć, nie "by próbowali". Nawet nie "próbowali", tylko po prostu to robili. Wbrew temu, że każdy w dzisiejszych czasach powtarza: "Bądź sobą! Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś!", tak wielu ludzi zaakceptuje cię tylko wtedy, gdy to "bycie sobą" będzie takie, jakie im odpowiada. Tak więc stanąłem przed nie lada dylematem, bo ci, którzy podzielają moje ideały, właśnie przez te ideały nigdy nie zaakceptują mnie takim, jakim jestem. Ba, sam się nawet nie zaakceptuję, bo nie akceptowałem się przecież nigdy. Co tu robić, co tu robić...
No i przyszła mi do głowy myśl szalona, nieortodoksyjna - może te wszystkie wyniosłe idee nie mają większego sensu? Może tak naprawdę sensem życia jest proste słowo, które w całym tym wywodzie blogowym nawet się jeszcze ani razu nie pojawiło? Szczęście. I to nie jakieś hedonistyczne, niemoralne czepianie się popędów, ale poznanie samego siebie i zwyczajne, do kurwy nędzy, życie.
Rewolucja normalnie.
Ale tak sobie właśnie żyję, powolutku, spokojniutko, bez parcia, z dnia na dzień... Mam sukcesy, mam porażki, mam cele życiowe, które się zmieniają z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę i to nie szkodzi. Po prostu jestem sobie. I całkiem szczerze - jeszcze nigdy nie czułem się ze swoim życiem aż tak dobrze.
sobota, 5 października 2013
niedziela, 28 lipca 2013
Margarita, fajita, plaża, dzika plaża...
W Poznaniu żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę wybraliśmy się z Tygrysem nad jezioro. Jedyne "oficjalne" kąpielisko było zapchane do ostatniego centymetra kwadratowego połową populacji miasta oczywiście, lecz znaleźliśmy szczęśliwie plażę bardziej dziką, jednak mniej tłoczną. I muszę powiedzieć, że trwająca moda na tatuaże mi bardzo odpowiada :> Ach, jak to dobrze posiedzieć ze swoim chłopakiem, powygrzewać się na słońcu, co jakiś czas szepcząc "Pssst... A może tego weźmiemy do domu?" na widok jakiegoś pomykającego do wody młodego byczka. A było ich sporo... Nie wiem nawet, co było wyżej dla mnie na liście atrakcji - cieplutkie jeziorko, czy półnadzy mężczyźni się w nim pluskający...
Także tego.
Pierwsza wypłata z nowej pracy wreszcie się pojawiła na koncie, tak że zgodnie z obietnicą złożoną jakiś czas temu zabrałem moje kochanie na romantyczną kolację; o dziwo, nie na kebab, ale do porządnego lokalu o tematyce meksykańskiej, z kelnerkami w czerwonych spódnicach, muzykami grającymi na żywo i Zorro w masce podającym desery. Byłoby jeszcze bardziej zajebiście, gdybym mógł go normalnie trzymać za rękę, a nie muskać tajniacko kolano pod stołem... Ale za to ta margarita... taka dobra w upalny dzień.
Także tego.
Pierwsza wypłata z nowej pracy wreszcie się pojawiła na koncie, tak że zgodnie z obietnicą złożoną jakiś czas temu zabrałem moje kochanie na romantyczną kolację; o dziwo, nie na kebab, ale do porządnego lokalu o tematyce meksykańskiej, z kelnerkami w czerwonych spódnicach, muzykami grającymi na żywo i Zorro w masce podającym desery. Byłoby jeszcze bardziej zajebiście, gdybym mógł go normalnie trzymać za rękę, a nie muskać tajniacko kolano pod stołem... Ale za to ta margarita... taka dobra w upalny dzień.
czwartek, 25 lipca 2013
Męskość, niemęskość i rodzinne coming-outy
BJ ostatnio wspomniał o sytuacji, w której ktoś ewidentnie dał mu do zrozumienia, że wie o jego orientacji, mimo że sam mu o niej nie mówił. Tak sobie myślę - czy to źle, jeśli seksualność jest, że tak powiem, oczywista? Ja trochę zazdroszczę tym tak zwanym "przegiętym", że nie wstydzą się tego, kim są i czują na tyle dobrze ze sobą samymi, że nie kryją tej kampowej części swoich osobowości. To trochę smutne, że niektórzy geje czują potrzebę ukrywania potencjalnie bardziej "niewieścich" zachowań i cech, lub piętnowania, kiedy inni w jakikolwiek sposób choć odrobinę odchylają się w stronę asocjowanych z homoseksualizmem stereotypów. Prawda jest taka, że pojęcia męskości i kobiecości są właśnie tym - pojęciami, abstraktami, konceptami. Nie istnieją odpowiadający im ludzie - tylko tacy, którzy trochę się zbliżają do jednego, lub drugiego końca spektrum.
To chyba taka klątwa homoseksualizmu - większość z nas pociąga męskość. A kto jest najlepszym wyznacznikiem męskości? Heteroseksualny mężczyzna. Problem w tym, że aby ten pociąg był odwzajemniony, ten mężczyzna technicznie nie może raczej być heteroseksualny. I w tym momencie nasze postrzeganie jego heteronormatywnej męskości drastycznie spada, gdzieś na poboczach świadomości pojawia się myśl, że to przecież przegięta ciota, która lubi łykać fiuta. Taka ukryta, homoseksualna homofobia.
Ja tam uważam się za męskiego faceta. Co więcej - lubię swoją męskość. Ale jednocześnie wiem, że nie jestem ideałem. Mam w sobie sporo cech, dostrzegam wiele zachowań i gestów, które raczej wrażenia męskich prawdopodobnie nie sprawiają. Ale to w porządku. Tyle lat zajęło mi zaakceptowanie siebie ze swoimi wadami - że mam za duży nos; że tłuszczyk mi zwisa z brzucha; że jestem elektronicznie, powiedzmy, nieszczególnie biegły; że jestem głośny i nieznośny; że robię wokół siebie dużo szumu. Nie mam zamiaru spalać się nad tym, że to, czy tamto może być przez kogoś, lub nawet przez mnie samego postrzegane jako wada.
Czasem trzeba do siebie podejść z dystansem, z poczuciem humoru. Takie podejście przydało mi się ostatnio, bo miejsce miało dość ważne wydarzenie. Otóż....
Powiedziałem Bratu, że jestem gejem.
Był na tyle uprzejmy, żeby udawać zdziwienie.
Nie na tyle, żeby udawać je dobrze.
- W sumie, to ostatnio nawet żartowałem sobie z Siostrą o tym, jak konkretnie głęboko jesteś w szafie.
Po uprzejmym i cierpliwym wyjaśnieniu, że nie, nie będę mu dawać porad modowych i nie, nie może teraz chodzić po mieście, śpiewając "Shitty, shitty fag, fag" z SouthParku, poszliśmy na Pacific Rim razem z Tygrysem. Było zajebiste. Obejrzyjcie sobie. Ale uwaga, bo jeśli traficie na kiepskiego operatora w kinie, to w 3D może być trochę ciemno. Ale te roboty... i te potwory... i te mięśnie brzucha Charliego Hunnama... o czym to ja pisałem?
To chyba taka klątwa homoseksualizmu - większość z nas pociąga męskość. A kto jest najlepszym wyznacznikiem męskości? Heteroseksualny mężczyzna. Problem w tym, że aby ten pociąg był odwzajemniony, ten mężczyzna technicznie nie może raczej być heteroseksualny. I w tym momencie nasze postrzeganie jego heteronormatywnej męskości drastycznie spada, gdzieś na poboczach świadomości pojawia się myśl, że to przecież przegięta ciota, która lubi łykać fiuta. Taka ukryta, homoseksualna homofobia.
Ja tam uważam się za męskiego faceta. Co więcej - lubię swoją męskość. Ale jednocześnie wiem, że nie jestem ideałem. Mam w sobie sporo cech, dostrzegam wiele zachowań i gestów, które raczej wrażenia męskich prawdopodobnie nie sprawiają. Ale to w porządku. Tyle lat zajęło mi zaakceptowanie siebie ze swoimi wadami - że mam za duży nos; że tłuszczyk mi zwisa z brzucha; że jestem elektronicznie, powiedzmy, nieszczególnie biegły; że jestem głośny i nieznośny; że robię wokół siebie dużo szumu. Nie mam zamiaru spalać się nad tym, że to, czy tamto może być przez kogoś, lub nawet przez mnie samego postrzegane jako wada.
Czasem trzeba do siebie podejść z dystansem, z poczuciem humoru. Takie podejście przydało mi się ostatnio, bo miejsce miało dość ważne wydarzenie. Otóż....
Powiedziałem Bratu, że jestem gejem.
Był na tyle uprzejmy, żeby udawać zdziwienie.
Nie na tyle, żeby udawać je dobrze.
- W sumie, to ostatnio nawet żartowałem sobie z Siostrą o tym, jak konkretnie głęboko jesteś w szafie.
Po uprzejmym i cierpliwym wyjaśnieniu, że nie, nie będę mu dawać porad modowych i nie, nie może teraz chodzić po mieście, śpiewając "Shitty, shitty fag, fag" z SouthParku, poszliśmy na Pacific Rim razem z Tygrysem. Było zajebiste. Obejrzyjcie sobie. Ale uwaga, bo jeśli traficie na kiepskiego operatora w kinie, to w 3D może być trochę ciemno. Ale te roboty... i te potwory... i te mięśnie brzucha Charliego Hunnama... o czym to ja pisałem?
środa, 17 lipca 2013
Kłopoty w raju?
Jejku, jak ja dawno nic tutaj nie napisałem (oprócz tych postów, w których piszę "ale dawno nic nie pisałem"). Trzeba by nadrobić trochę, a kilka okazji się ostatnio nadarzyło. Ale po kolei. Na początek - w związku Misia z Tygryskiem nastąpił moment przełomowy, etap, który każda relacja musi przejść i który jest uniwersalny we wszelkich związkach romantycznych:
sobota, 1 czerwca 2013
"We all love samesies, ok!!"
Drugi z rzędu łykend siedzę u Tygrysa, więc za bardzo czasu, ani chęci na głębokie rozmyślania o tematach filozoficznych nie mam (w inne rzeczy przekierowuję energię), dlatego dzisiaj wrzucę tylko filmik, który Tygrysek mi pokazał. Zapewne jakby go porządnie zanalizować, to jest tam wiele nawiązań do współczesnej sytuacji kulturowej w kontekście integracji osób LGBT, ale mnie się po prostu wydaje strasznie zabawny :D
Tak mi się spodobał, że nawet grupę na kumpello zrobiłem :D https://kumpello.pl/group/14292
Tak mi się spodobał, że nawet grupę na kumpello zrobiłem :D https://kumpello.pl/group/14292
Subskrybuj:
Posty (Atom)