Czemu wszyscy faceci to świnie? Nawet nie chodzi o to, że na wszystko patrzą przez pryzmat seksu [zauważmy celowe dystansowanie się autora od własnej płci], to mi się nawet podoba. Chodzi o nieuczciwość, egoizm i całkowity brak tego, co Latynosi nazywają cojones.
Czy tak trudno jest powiedzieć wprost – fajny jesteś, może pomiziamy się trochę, ale nie licz na coś głębszego, bo nie mam na to ochoty? Przynajmniej wtedy, zamiast być wkurzonym i rozżalonym, mógłbym się skoncentrować na niewątpliwie pozytywnym fakcie, że zaliczyłem [widzimy katastrofalnie nieudaną próbę zachowania jakiejkolwiek subtelności]. Ale nie, nawet tej małej przyjemności i satysfakcji mieć nie mogę.
Czy ja jestem po prostu taki młody i niedoświadczony, czy kompletnie naiwny, że jak spotykam faceta, to najpierw chcę go poznać; ocenić, czy jest porządnym człowiekiem, czy się nada na potencjalnego chłopaka, a dopiero potem ewentualnie idę z nim do łóżka? A jak już pójdę, to dlatego że jestem otwarty na coś więcej, niż sam jednorazowy seks, a nie po to, żeby mi się ktoś spuścił na klatę, zanim go nigdy więcej nie zobaczę?
Nie mam nic przeciw przygodnemu seksowi i nie oceniam nikogo, kto go uprawia – seks jest fajny! Po prostu ja w tej chwili w moim życiu szukam czegoś innego. Może jeszcze zgorzknieję i mi się odmieni, kto wie? Ale na razie jeszcze zupełnie wiara w miłość we mnie nie umarła i przede wszystkim chciałbym znaleźć partnera - kogoś, kogo będę mógł obdarzyć uczuciem. Tak, zanim kogoś takiego znajdę pewnie będę musiał przekopać się przez sterty nieodpowiednich facetów, ale czy naprawdę będę za każdym razem musiał się zastanawiać, czy koleś po spędzonej wspólnie nocy nie odpowiada na smsy dlatego, że ma pilny artykuł do napisania w pracy, bierze mnie na przeczekanie, bo nie chce wyjść na desperata, czy po prostu od początku chciał mnie tylko przelecieć i cześć. Albo czy sugeruje spotkanie u siebie, bo rzeczywiście ma nogę w ortezie, czy dlatego, że będzie bliżej do łóżka? [zauważalne nadużywanie nieistotnych szczegółów sugeruje, że autor utracił już całkowicie kontrolę nad pisanym tekstem] Czy ja proszę o zbyt wiele? Odrobinę szczerości?
Może nawet jakby mi rzucił prosto z mostu – choć się tylko poruchać! - to bym na to poszedł. Wiedziałbym chociaż czego się spodziewać!
A najgorsze jest to, że GejMama mi od początku mówił, że tak będzie, a ja nie wierzyłem. Nie, jednak nie. Najgorsze jest to, że teraz będzie się z tego powodu puszył i nadymał, a ja będę mógł tylko stwierdzić „tak, mówiłeś”...
niedziela, 24 lutego 2013
piątek, 15 lutego 2013
Dzięki Ci, Panie, żeś stworzył 2KC!
Na przyszłe walentynki muszę sobie już znaleźć faceta, bo te singlowe imprezy się wymykają spod kontroli...
Żenujący żart prowadzącego, żeby tak pusto nie było:
Na czym śpi gej? - Na Jaśku.
Żenujący żart prowadzącego, żeby tak pusto nie było:
Na czym śpi gej? - Na Jaśku.
sobota, 9 lutego 2013
Gonitwa, gonitwa
Napisanie nowej notki odkładałem tak naprawdę od czasu skończenia poprzedniej. Uświadomiwszy sobie jak bardzo była emo-jęcząca, niejasna i zapewne głęboko konfundująca, postanowiłem poczekać, aż wszystko się wyjaśni i przedstawić sytuację zawodowo-uczelniano-sercową jak już sam będę wiedział jak właściwie wygląda.
I jebs! Przeleciały sobie ponad dwa tygodnie, a stan mojego życia nadal niejasny jak piosenki Marcina Rozynka . Sytuacja zawodowa nadal jest niepewna. Sytuacja uczelniana nadal jest niepewna. Sytuacja sercowa... No, przynajmniej ta się rozjaśniła już raczej definitywnie, w dodatku zaledwie kilka godzin temu.
Napisał więc do mnie koleś – inteligentny, przystojny, ciekawy, oryginalny. Umówiliśmy się na randkę. Przedtem jednak poprosił mnie o ustalenie jednej zasady (cytuję): „że jak nie będzie nam coś pasowało i nie będziemy chcieli się spotkać, to powiemy to od razu, ok? Bo nie lubię sytuacji, że na spotkaniu jest ok, a później ktoś się nie odzywa, wolę jasne sytuacje". Powiedziałem – wporzo! Na taką zasadę mogę się zgodzić, ma to sens! Bez zbędnych, niepotrzebnych nadziei, niepewności i nieszczerości. Powiedziałbym, że tak wręcz powinno być przy każdej znajomości!
Nastąpiła zatem pierwsza randka – fantastyczna! Gadaliśmy kilka godzin o gotowaniu, filmach, muzyce, hipsterach, i innych pierdołach. Jedyną jego wadą zdawało się to, że mamy tak samo na imię i nasze dzieci (jak już założymy rodzinę i będziemy mieszkać razem w domku nad jeziorem) będą musiały się do nas zwracać dziwnymi przezwiskami, żeby było wiadomo o którego „Tatę” im chodzi.
Niestety, po pierwszej nastąpiła druga randka – dokładna jej odwrotność. Nudna, niezręczna, irytująca, upływająca pod znakiem „Nieeee wieeeeem... Ty coś zapropooonuuuj...”. W pewnym momencie stwierdził nawet, że najbardziej to ma ochotę wrócić do domu i się położyć spać (w sensie, samemu, żeby było jasne). Nadal w atmosferze niezręczności i mocno wkurwiającej, zimnej mżawki poszliśmy na zakupy do Biedronki (sic!), po czym w milczeniu wróciliśmy tramwajem do poszczególnych miejsc zamieszkania.
Postanowiłem poczekać. Zobaczyć co zrobi, dać mu szansę się wykazać. Po kilku dniach takiego czekania i braku jakiegokolwiek odzewu już byłem na pana „dajmy sobie znać od razu, jeśli coś będzie nie tak” mocno wkurwiony. GejMama powiedział, że drugie randki już takie są, że mam się nie przejmować, umówić się na trzecią. Skomentowałem więc kolesiowi nowe zdjęcie, że fajne, że przystojnie na nim wygląda i w ogóle. Podziękował. Tyle. Żadnego „a tak przy okazji, może się spotkamy, spróbuję zrekompensować ci ten ostatni raz i to, że byłem myślami gdzie indziej”, żadnego „przepraszam, byłem zajęty, choć chciałem się z tobą skontaktować”, ani nawet „sorry, to nie zadziała, dajmy sobie spokój”. Nic, kurwa! Ten sam koleś, który takie kontrakty mi przed randką spisywał!
W końcu, pouczony znowuż przez GejMamę, że „trzeba trochę pogonić króliczka”, spytałem prosto z mostu – co robisz dzisiaj wieczorem? ”No, w sumie to idę do kina ze znajomymi... Chyba że to będzie jutro, ale jeszcze nie wiem... Chociaż jutro jestem u rodziny na kolacji... I w ogóle... No...” Noż kurwa mać!
Umówiliśmy się wreszcie na spacer. Myślę sobie – będzie można pogadać swobodnie, ustalić dokąd właściwie z tym wszystkim zmierzamy i o co w ogóle chodzi. No i dostaję dziś smsa „Odsypiam tydzień pracy, nie za bardzo mam ochotę się spotykać”. Chuj, miarka się przebrała.
Tak, trzeba czasem pogonić króliczka, trzeba się zaangażować, trzeba pozdobywać, postarać się, napocić. Ale jeśli te wysiłki są jednostronne, jeśli druga osoba tylko sobie czeka, siedzi i obserwuje odstawiany taniec godowy, to jaki to ma sens? Jak to wróży, jeśli jedna osoba wkłada w znajomość pewien wysiłek, a druga jest totalnie oderwana?
Ja też chcę, żeby mnie ktoś czasem pogonił, pozdobywał, się napocił szukając moich względów. Postawił drinka, zaprosił na kawę, spojrzał głęboko w oczy. Nie mam nic przeciwko gonieniu tego króliczka, jeśli sam od czas do czasu nim będę. Ale koniec końców szukam faceta, nie pierdolonego gryzonia. Bo to już zoofilia.
Tak więc konkludując, trzeciej randki raczej nie będzie, a plany na Walentynki właśnie mi się zwolniły. Przynajmniej w tej jednej sferze życia mam jako-taką jasność.
czwartek, 24 stycznia 2013
Czasem nie cierpię dorosłego życia
Ludzie są niedobrzy, marzenia się nie
spełniają, a błędy młodości nie mijają wraz z nią, lecz
prześladują cię przez resztę życia, wychylając swój wstrętny
łeb w najmniej oczekiwanym momencie.
Okazało się, że ze studiami nie
będzie tak sielankowo, jak miałem nadzieję. Wręcz może w ogóle
nic nie być. Pół godziny chodziłem dziś wte i wewte po
korytarzu, zanim zdecydowałem się zapukać do drzwi gabinetu
potencjalnej nowej promotor. Aż GejMama do mnie zadzwonił pogonić, więc pełny nerwów, choć również nadziei, wstąpiłem w progi.
Pani profesor stwierdziła natomiast, że ale jak to? Że w tym roku, przecież jużstyczeń?
Że jak to pan jest skreślony z listy studentów? Że pan nie ma
statusu żadnego na uczelni w takim razie i jak ja mam pana do
laboratorium wpuścić? Bez ubezpieczenia? Jak kogoś z ulicy? I że
w ogóle jak pan chce do czerwca zrobić badania? I ja mam już dwie
magistrantki, dwie doktorantki, a trzy następne już w kolejce na
następny rok czekają, więc nie ma miejsca. Ale niech pan przyjdzie
w środę, się jeszcze zastanowię.
Nie mówię, że to nie ma sensu.
Choćby ze względów bezpieczeństwa dla tych, którzy już w
laboratorium pracują - też bym przypadkowego kolesia nie wpuścił. Z drugiej strony, dziekanat twierdzi, że mam
najpierw skończyć pracę, ustalić termin obrony, a dopiero potem
mogę składać podanie o reaktywację. Tylko jak mam zrobić pracę
badawczą, jeśli nie mam możliwości zrobienia badań? Tak sobie
pomyślałem, że byłoby jednak dużo łatwiej, gdybym nie zaliczył
swojego czasu tego piątego roku, po prostu by mnie cofnęli...
Jakby tego nie było dość, to od razu
się pojawiają kolejne problemy! Nawet jeśli się wszystko jakoś
powyjaśnia, to i tak „pisanie” pracy zajmie co najmniej rok,
jeśli nie półtora. Jak ja się przez ten czas utrzymam, siedząc
na uczelni po 5-6 godzin dziennie? No i do tego czasu będę już za
stary, żeby mnie przyjęli do tej drugiej szkoły, gdzie mi się marzyło
pójść. Tak więc stanąłem przed rozdrożem, a jeśli wybiorę jedną drogę, druga zamknie się już na zawsze. Pójść
za rozsądkiem, dostać dyplom i nie martwić się więcej, że
potencjalny pracodawca spyta „A więc jest pan magistrem?”, ale
za to zrezygnować z marzenia? Czy też olać jednak to wszystko,
wyjechać do innego miasta, pójść do drugiej szkoły i za trzy
lata mieć niewielką szansę na dostanie ciężkiej, niskopłatnej,
choć wymarzonej i kreatywnej pracy?
Po powrocie z uczelni jedyne, na co
miałem ochotę, to walnąć się na wyrko, leżeć i się wyłączyć,
nie myśleć, uciec gdzieś z tego głupiego, niesprawiedliwego świata.
I to w takim momencie pisze do mnie ten
zajebiście fajny koleś na kumpello, na którego już jakiś czas
mam oko. I jak ja mam mu niby w tym stanie szarmancko i
inteligentnie, choć z nutą zawadiackiej zadziorności odpisać? :(
wtorek, 22 stycznia 2013
Dzień Dobry. Ja bym się chciał reaktywować!
„Dzień Dobry. Ja bym się chciał
reaktywować!” Tak właśnie powiedziałem prosto z mostu, wchodząc
do Dziekanatu mojego dawnego wydziału, na co młoda pani za biurkiem
spojrzała na mnie wielkimi, pełnymi przerażenia oczami. Musiała
zacząć tam pracować w ciągu tych ostatnich dwóch lat, kiedy mnie
nie było, bo jej kompletnie nie kojarzyłem. I chyba mam rację, bo
tylko z przestrachem spojrzała na siedzącą obok, starą, dobrą
panią Grażynkę, która od razu wiedziała co robić. Zaliczony
piąty rok, to trzeba tylko skończyć magisterkę, ustalić termin
obrony i napisać wtedy podanie. Żadnych różnic programowych (Yes!
Yes! Yes!). To plus.
Sprawa się trochę skomplikowała,
kiedy nie wprost dałem do zrozumienia, że nie obraziłbym się,
gdyby dało się zmienić promotora. Nie wspomniałem oczywiście o
tym, że nie tylko mój dawny promotor i opiekun mieli mnie głęboko
w dupie, ale i okres mojej interakcji z nimi przypadał akurat na
najcięższy czas mojej depresji i za chuja nie mam zamiaru
kiedykolwiek przebywać z nimi w jednym pomieszczeniu, a co dopiero
spędzać w pobliżu któregoś z nich 5-6 godzin dziennie przez
następne pół roku, bo tak wygląda robienie magisterki na moim
kierunku. Tak, czy inaczej – jeśli chciałbym zmienić promotora,
to musiałbym przedstawić moją sprawę bezpośrednio panu
dziekanowi. O, tam idzie pan dziekan, proszę z nim porozmawiać! Na
to moim oczom ukazała się grupka trzech profesorów, których
nazwisk już od dawna nie pamiętam, mimo że z każdym miałem swojego czasu
jakieś zajęcia, zmierzających szybkim krokiem do wyjścia. Moje
wnętrzności skręciła natomiast narastająca panika, wynikła z
dwóch myśli, które mnie w tym momencie naszły. Po pierwsze –
który jest teraz, do cholery, dziekanem? Trochę wstyd pytać, bo to
mimo wszystko szef wszystkich szefów, jeśli chodzi o wydział,
który niby skończyłem. Drugą natomiast, równie przerażającą
myślą, było – mam na sobie fioletową bluzę z kapturem i
koszulkę z czaszką. Mam rozmawiać z dziekanem, mającym
zadecydować moje być-albo-nie-być, ubrany W TEN SPOSÓB! Nie ma
mowy! To wie pani co, pan dziekan wygląda na zajętego, to ja może
jutro przyjdę? Wporządkuświetniedowidzenia! I czmychnąłem
stamtąd ile sił w nogach, po drodze upewniając się, że biorę
inne schody, niż trójka potencjalnych panów profesorów dziekanów.
Wrócę jutro, ubrany bardziej... neutralnie. Tak, to jedyny powód,
dla którego dzisiaj tego nie załatwiłem, tylko bóg
mnie może sądzić, weź się odwal, sam się boisz!
Uff... Wygląda na to, że może, jeśli
tego nie zjebię, to będę miał magistra. Trzeba tylko oddychać
głęboko i nie panikować. Tak.
A z wiadomości bezapelacyjnie
pozytywnych – mój laptop wrócił z naprawy, hurra! hurra! hurra!
No, to niech się najróżniejsze fellello szykują, bo wyruszam na
łowy! Jak tylko przejrzę aktualne grupy badawcze na wydziale i
wybiorę sobie jakiegoś nowego promotora. I sprawdzę kto, do
ciemnej dżumy, jest moim dziekanem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)